sobota, 23 września 2017

Rozdział 6 cz.2

Omen
W poprzedniej części:

Sara, bojąc się zostać sama, siedziała w salonie z bratem i Tristanem, którzy opowiadali jej o Sakralnym Świecie. Opowiedzieli jej o upadłych Aniołach, którzy stają się Strąconymi, o upadłych Aniołach Stróżach i procesie jaki zachodzi od upadku po wyznaczenie nowego Stróża. Sara dowiedziała się również, dlaczego Refaim nie mają swoich Aniołów Stróżów; sami są w połowie Aniołami, mają Sanktuarium chroniące ich przed Damnatami i demonami, potrafią je zwalczać, ludzie natomiast są całkowicie bezsilni wobec nich.
Wrócili Ksawery z Malwiną i opowiedzieli, że nic ciekawego nie znaleźli. Dowiedzieli się jedynie, że mogą trzymać Ewę w jednej z kryjówek Damnatów, która może być ukryta wśród ludzkich mieszkań. Malwina postanowiła, że przeszukają każdy z adresów, jakie znaleźli, na co Maks się zdenerwował, mówiąc, że jeśli przyjdą do pierwszego to mogą ją przenieść do drugiego, lub w ogóle, gdzieś indziej. Nie mieli jednak innego wyjścia, jak powiedziała Malwina. Maks zasugerował, że mogą nawet przenieść ją do… i  w tym momencie Ksawery mu przerwał ostrym tonem, mówiąc, że wie, ale nie mogą nic innego zrobić. Sara słysząc, że po raz drugi (pierwszy raz w R4cz.2) Ksawery przerywa bratu w tym momencie, domyśliła się, że nie chcą jej o czymś powiedzieć i zdenerwowała się. Zapytała, więc gdzie, a po dłuższej chwili dowiedziała się, że ich mama może być w Piekle. Po chwili szoku i przerażenia zapytała jak można tam wejść i dowiedziała się, że nie można, ponieważ Wrota Inferno są zapieczętowane, a żaden z Aniołów nie pozwoli ich otworzyć. Zapytała też, dlaczego Damnaci chodzą po świecie skoro Wrota są zamknięte, a Malwina powiedziała, że dzięki bransoletom, ale Refaim nie mogą ich użyć, ponieważ nie działają – Szatańskie wynalazki nie działają na korzyść strony przeciwnej. Niestety. Zrozpaczona Sara nie wytrzymała i wybuchła – To jak mamy ją do cholery znaleźć?! Ksawery podszedł do niej i zapewnił, że znajdą mamę. Ale w środku był strasznie zły na siostrę, m.in. dlatego, że tak wybuchła i złościła się, ale chciał, aby była bardziej wyrozumiała dla nich, bo sami mało co rozumieją. Dał jej naszyjnik Ewy i kazał jej go wziąć, żeby myślała o mamie. Ona zaszokowana widokiem naszyjnika rozpłakała się bardziej i wyrwała go z ręki brata. Wykrzyknęła – jak myślenie o niej pomoże nam ją znaleźć?! Zarzuciła im jeszcze, że są zbyt spokojni w tej sytuacji i zalana łzami pobiega do swojego pokoju. Zapięła naszyjnik i rzuciła poduszką. Później ujrzała coś przerażającego.
Wszyscy, oprócz Sary siedzieli na dole, Tristan próbował usprawiedliwić Sarę, prosząc ich, aby dali jej czas. Sekundę później usłyszeli przeraźliwy krzyk dziewczyny i pognali do jej pokoju. To, co zobaczyli sprawiło, że zamarli z przerażenia.

Końcówka poprzedniej części:

Wściekłość była już niemal oczyszczona z innych uczuć. Nawet strach usunął się w cień.
– Co się dzieje?! – nadal płakała. – AAA!!! – Ryknęła rozpaczliwie zrywając poduszkę z łóżka i rzuciła nią z jak największą siłą o ścianę. Gdy cofała rękę, by z powrotem otulić się ramionami, zamarła z kamienną maską szoku na twarzy.

Siedzieli na dole w ciszy, która ciążyła im na barkach niczym kilka ton betonowego smutku. Każdy chciał coś powiedzieć, ale nikt nie wiedział co.
– Musi się z tym po prostu oswoić, dajcie jej czas – odezwał się w końcu Tristan próbując usprawiedliwić jej zachowanie, chociaż w rzeczywistości chciał iść do niej i jakoś ją pocieszyć. Choćby milczeniem.
Minęło kilka sekund od jego słów, kiedy usłyszeli przeraźliwy krzyk. Zerwali się z miejsc i w jednej krótkiej chwili wparowali do pokoju dziewczyny.
Widok jaki ujrzeli sprawił, że zastygli w miejscach z rozchylonymi ustami i rozszerzonymi do granic możliwości oczami.


~*~

Wszystko wokół okolone było płomieniami.
Białymi płomieniami.
Sara stała po środku zapłakana i tak bardzo przerażona, jaka nie była od czasów, kiedy jako pięcioletnia dziewczynka rozharatała sobie kolano o popękaną płytę chodnikową. Otoczona była kręgiem nienaturalnego ognia. Jej sylwetka była niemal niedostrzegalna pośród gęstych jęzorów płomieni, wyraźniej można było zobaczyć jej twarz, a na niej pajęczynki czarnych żył. Cały czas roniła łzy, które odbijając światło płomieni wyglądały jak maleńkie lampeczki LED-owe. Dziewczyna spowita była w ogniu, jakby okryta biało-przeźroczystą płachtą. Ogień rozchodził się od Sary, tworząc wokół niej krąg. Za nim, płomienie zakrywały podłogę jak wielka kałuża, ściany i wszystko inne – cały pokój.
– Boże przenajświętszy! – krzyknęła przerażona Malwina. Jej oczy zaszły szklaną powłoką.
Serce tłukło się w jej piersi. Pierwszy raz widziała podobne zjawisko, tak jak i pozostali. Nie mieli pojęcia, co trzeba było zrobić. Potrafili jedynie stać jak posągi i obserwować dziewczynę i biały ogień, który się na niej unosił.
Unosił się…
Nie spalał niczego…
Ksawery otrząsnął się i zmierzył wzrokiem wszystko dookoła. Ogień okalał wszystko, ale był nieszkodliwy. A skoro był nieszkodliwy to mógł podejść do siostry i bez obaw wyciągnąć ją z płomieni. Taką miał przynajmniej nadzieję.
Sara była jedyną osobą, na której się utrzymywały, reszta jedynie stała w nich jakby w płytkiej wodzie; kałuży.
– Ten ogień niczego nie spala – uświadomił ich.
I nie wiedział, co jeszcze powiedzieć. Po prostu nie czekając na odpowiedzi i reakcje zrobił krok w stronę Sary, potem drugi. Niby wiedział, że jest bezpieczny, ale stąpał ostrożnie jakby szedł pomiędzy grzechotnikami; czuł podświadomy niepokój w obliczu nieznanego. Pozostali obserwowali go z lekkim przejęciem. Ksawery stanął przed kręgiem otaczającym Sarę. Płomienie go tworzące wznosiły się na jakieś półtora metra wysokości i wiły się wolno jak serpentyny na letnim wietrze.
Sara spojrzała na niego z przestrachem, bo bała się, że coś może mu się stać i cofnęła się gwałtownie krok w tył, kiedy wyciągnął do niej rękę.
– Spokojnie – rzekł łagodnie i spojrzał jej w oczy, aby przekonać ją, że nic złego się nie stanie.
I w tym momencie na jego twarzy pojawił się szok.
Oczy Sary miały szkarłatną barwę. Nawet białka i źrenice były zasłonięte warstwą czerwieni. Co jest, do cholery? – zmarszczył brwi. Mrugnął, aby przekonać się, że jest to przewidzenie, gra świateł, czy cokolwiek innego. Ale nie, było to tak rzeczywiste jak cała reszta.
Nie poświęcił temu większej uwagi, chcąc szybko wyciągnąć siostrę z białego ognia. O ile w ogóle był to ogień. Wysunął w stronę dziewczyny rękę po raz kolejny, ale wężowe płomienie nie pozwoliły mu na dotknięcie jej. Gdy tylko wsunął w nie dłoń, agresywnie podskoczyły w górę pozostawiając na jego przegubie czerwoną pręgę. Syknął odruchowo, natychmiastowo łapiąc się za piekącą ranę.
– Nie podchodźcie! – szloch Sary prawie zagłuszył jej słowa. Odsunęła się jeszcze bardziej w tył, aż wpadła na regał z książkami.
 Osunęła się po nim na ziemię i szczelnie otuliła rękoma, niemal wbijała paznokcie w skórę ramion. Proszę, niech to się skończy, niech to zniknie, błagała w myślach. Bała się, że jeszcze kogoś może tym skrzywdzić i to jeszcze bardziej. Może nawet i zabić… Albo siebie, albo co gorsza, któregoś z bliskich. Nie chciała, by ktoś cierpiał z jej powodu. Żeby cokolwiek działo się z jej powodu.
Jej umysł został podzielony na wszelakie myśli i strach. Wewnątrz niego panowała niczym niezapełniona przestrzeń, do której coś próbowało się przedostać. Powoli, skutecznie przenikało przez labirynt, wybierając drogi złożone myśli dzięki, którym zasiliłoby się złością i gniewem.
– Wygląda jak normalne oparzenie.
Malwina ze zmarszczonymi brwiami oglądała ranę męża. Myślała, że znajdzie coś niezwykłego, ale było to zwykłe oparzenie jakie mogły zadać klasyczne płomienie. Czuła mieszankę ulgi i rozczarowania.
– Nieważne – zabrał rękę z jej dłoni. – Ktoś ma pomysł na to cholerstwo? – powiódł spojrzeniem po trójce zmartwionych osób.
Cisza.
Nawet, jeśli ktoś chciał coś powiedzieć to rezygnował z otwierania ust, bo pomysł tracił sens po chwili namysłu.
Sara ponad kolanami widziała, jak w napięciu usiłują znaleźć rozwiązanie. Widziała strach na twarzach Maksa i Tristana, skupienie u Malwiny i wyraz hamowanego gniewu Ksawerego. Przez chwilę zastanawiała się, dlaczego sama się gniewa. Przez to, że nie może znaleźć rozwiązania, na całą sytuację, czy przez to jak się zachowała chwilę temu? Dlaczego tak się zachowałam i to powiedziałam? Zaczęła się nad tym zastanawiać. Było to dla niej tak dziwne, jak to, co dzieje się teraz. Zezłościła się, że nie chcieli jej powiedzieć o Piekle, wrzucając tym samym kolejny sekret na stertę gruzu, który do chwili ataku był murem tajemnic otaczającym jej życie. Ale wiedziała doskonale, że chcieli jedynie oszczędzić jej bólu i strachu. Jednak ta złość była pierwszym odruchem emocjonalnym i… przerodziła się ona w coś więcej. A Sara nie wiedziała dlaczego. Czuła się jak wulkan w tamtym momencie, którego krater coś blokowało i uniemożliwiało wybuch, który i tak dopiął swego i to z jeszcze większą siłą przez tę blokadę.
– Skoro ogień nie pozwala, aby ktokolwiek się do niej zbliżył, to niech może sama do nas przyjdzie? – zaproponowała Malwina żywiołowo.
Popatrzeli na nią zdumieni, jakby nie do końca przekonani, ale wspólnie uznali, że od czegoś trzeba zacząć i zrobić cokolwiek. Próbować. I nie odrzucać żadnego pomysłu.
– Chodź do nas – zawołała ją.
Sara spojrzała na nich i pokręciła głową.
– Chodź, mamy chyba pomysł jak cię z tego wyciągnąć, ale to ty musisz do nas przyjść. My nie możemy się zbliżyć do ciebie, ale być może ty do nas możesz – starała się ją przekonać.
Sara patrzyła na nią przez chwilę i zastanawiała się, czy nie będzie to samobójstwem lub zbiorowym morderstwem. Ale może Malwina miała rację. Może to zadziała… – pomyślała, wstając. Trzęsła się jak osika, ale zrobiła powoli krok w przód. Z ulgą stwierdziła, że nic się nie stało. Szła, więc dalej, jednak nadal ze strachem; wykonała przecież tylko jeden krok, a do Malwiny dzieliła ją niemal cała długość pokoju. Jeszcze wiele mogło się zdarzyć.
Drugi krok – niepewność. Niech to się uda.
Trzeci krok – obawa. Nie chcę, aby komuś coś się stało.
Czwarty krok – nadzieja. Chcę do nich bezpiecznie dojść i nie zrobić im krzywdy.
Piąty krok – ulga. Udało się!
Wszyscy stali w promieniu kręgu, a płomienie w ogóle nie zareagowały.
– Świetnie – odezwał się Ksawery tonem sugerującym, że jeszcze nie czas na świętowanie. – Ale mimo wszystko ogień nadal się unosi.
Nikt jednak specjalnie nie przejął się jego cyniczną uwagą, ponieważ skupili całą swoją uwagę na dziewczynie i jej małej metamorfozie.
– Ale przynajmniej niczego nie spala. I nikogo – odezwała się Sara.
– Twoja twarz… – Tristan wpatrywał się w nią ze zdziwieniem. W szkarłatne oczy, bladą twarz i niteczki czarnych żył, które pięły się nawet po bladych szyi i ramionach.
– A co z nią nie tak…? – nie wiedziała, czy miała się bać jeszcze bardziej.
– To – Maks podał jej swoją komórkę, którą chwilę wcześniej zrobił zdjęcie, i podał siostrze.
W momencie, kiedy dotknęła urządzenia, warstwa ognia z jej dłoni oplotła komórkę. Maks zatrzymał na chwilę oddech, myśląc, że za moment telefon spali się i wybuchnie. Jednak na szczęście nic takiego nie nastąpiło.
Sara oglądała siebie z szokiem w szeroko otwartych oczach. Powoli dotknęła opuszkami twarzy, jakby obawiała się, że gdy jej dotknie poczuje ból, albo rozkruszy się.
Już widziała podobną wersję siebie. Całkiem niedawno, chociaż była pewna, że to jedynie przewidzenie, a nie jej odbicie. Jednak tamta miała pionowe źrenice i krwistoczerwone usta.
– O mój Boże... – oddała bratu komórkę, zaciskając powieki jakby nie chciała na to więcej patrzeć. – Ja już to widziałam… – zaczęła tłumaczyć drżącym głosem. – Swoje odbicie po tym jak przyśnił mi się koszmar wczoraj w nocy. Obudziłam się i spojrzałam w okno i zobaczyłam siebie i…
– Krzyknęłaś i powiedziałaś, że coś ci się przewidziało, kiedy przyszedłem – dokończył za nią Maks.
Skinęła jedynie głową. Spod zaciśniętych powiek uleciały łezki. Wyraz jej twarzy mówił jasno i wyraźnie, jak ciężkie i trudne to dla niej było.
– Później się nad tym zastanowimy i spróbujemy to ogarnąć – odezwał się najstarszy z rodzeństwa. – Teraz trzeba coś zrobić z tymi płomieniami.
Sara spojrzała na brata i biały ogień. Zorientowała się, że nie czuła strachu, kiedy zbliżyła się do bliskich i okazało się, że płomienie ich nie zraniły. Ten bezsensowny gniew na Ksawerego również, gdzieś zniknął. Stała przed braćmi, szwagierką i Tristanem, a wszystkich otaczał krąg śnieżnych płomieni. Dziewczyna bardziej spokojna mogła nawet nieco zbadać to zjawisko i zorientować się, że ogień, a w każdym bądź razie to na co wygląda to coś, nie wydziela ciepła, zapachu, a nawet nie można tego poczuć, mimo że wydaje się to materialne.
– Jak się teraz czujesz? – zapytała ni tego ni z owego Malwina.
Sarę zaskoczyło to pytanie i spojrzała na kobietę z uniesionymi brwiami. Dopiero po chwili odpowiedziała:
– Spokojniejsza w sumie… Przynajmniej nie boję się, że coś wam się stanie przez to coś – przesunęła dłonią w powietrzu, pokazując ogień.
– Mhm. A o czym myślałaś, gdy podchodziłaś do nas?
– Em… Żeby się to udało, żeby was nie zranić i modliłam się, aby nikomu się nic nie stało.
W odpowiedzi dostała kiwnięcie głową z zainteresowaniem.
Malwina była z natury obserwatorem i była prawie pewna, że zachowanie płomieni jest zależne od emocji Sary. Nie mogła tego w stu procentach potwierdzić, jednak kilka faktów na to wskazywało.
W pierwszej chwili nikt nie zauważył, że ogień zaczął się schodzić w stronę źródła, czyli kręgu otaczającego Sarę. Refaim dostrzegli wędrówkę płomieni, dopiero wtedy, kiedy odsłonił on ściany.
– To chyba zanika! – pierwszy odezwał się Maks.
– Miejmy nadzieję… – Ksawery uważnie obserwował pełzające po podłodze, niczym białe węże o przeźroczystej błonie płomienie.
Kiedy złączyły się z kręgiem, ten przybrał intensywniejszą białą barwę; lekka przeźroczystość zniknęła. Płomienie zaczęły zwijać się kłębami ku dołowi, spłynęły po podłodze w stronę Sary, zakołowały wokół jej stóp i zaczęły ją pokrywać, jak kolejna warstwa skóry, na co wszyscy zatrzymali dech. Nie wiedzieli, co się dzieje i co powinni zrobić. Jednakże ciało dziewczyny wchłonęło ogień. Czarne żyły, jakie były widoczne na jej twarzy, szyi i ramionach wypełniły się bielą i powoli zanikały w głąb skóry, a z oczu zeszła szkarłatna mgiełka; tęczówki znów stały się brązowe.
I było po wszystkim.
Przez chwilę panowała cisza.
– W porządku? Dobrze się czujesz? Nie jest ci słabo? – pytał Ksawery tonem zaniepokojonego rodzica.
– Czuję się… normalnie, dobrze. Jestem spokojna… – choć w rzeczywistości wyglądała na oszołomioną.
Jednak cieszyła się mimo wszystko, że skończyło się to happy end’em z kolejną niewiadomą, niż spaleniem bliskich i domu. Naprawdę obawiała się, że może do tego dojść.
– Jak to się stało? – zapytał po chwili.
Sara zmarszczyła czoło, jakby próbowała przypomnieć sobie bieg wydarzeń, idąc w kierunku kanapy. Usiadła na niej, wzięła głęboki oddech i zaczęła opowiadać.
– Byłam wściekła i wystraszona. Krzyknęłam z gniewu i rzuciłam poduszką i wtedy zobaczyłam ogień na swojej ręce – wyciągnęła przed siebie prawą dłoń i oglądała, jakby usiłowała znaleźć tam najmniejszy płomyk. – Ogień zaczął mnie zakrywać i robił się biały coraz bardziej, a potem zanim się zorientowałam cały pokój był w ogniu, a potem przyszliście. To stało się mega szybko – dodała z niedowierzaniem. – Sekunda, może dwie…
– Znajdziemy na to odpowiedź, obiecuję – Ksawery przysiadł obok siostry i objął ją. – A teraz spróbuj zasnąć. Przyda ci się sen, długi – uśmiechnął się przekonująco.
Sara odpowiedziała mu uśmiechem, choć myślami zatrzymała się na pierwszych słowach brata. Znajdziecie odpowiedź… A mamę? Poczuła dziwny ucisk w środku, kiedy obiecał jedynie znalezienie odpowiedzi.
Ucałował ją w skroń, po czym wstał i wyszedł wraz z pozostałymi.

Sara ułożyła się skulona na boku i wpatrywała w czarną noc za oknem. Przez lufcik dostawał się wiatr, który poruszał firankę niby duch. Dziewczyna miała w głowie wir, który mieszał wszystko ze sobą, myśli i wspomnienia, dawne i te całkiem świeże. Wiele rzeczy z przeszłości, których nie rozumiała znalazło teraz swoje wytłumaczenie. A sama Sara odczuła, jakby znalazła ostatni element olbrzymich puzzli jej życia, mimo że wcześniej nie wiedziała, że go brakuje.